Kiedyś to była zima! W naszym województwie częściej narzekamy na brak zimy niż na zbyt duże opady śniegu. Nie zawsze jednak tak bywało. Słynna „zima stulecia” zaczęła się właśnie na Pomorzu.
Kąpiel w polskim morzu nawet latem wymaga nie lada odwagi! Bałtyk jest niewielki i mało zasolony. Dodatkowo, nie jest zbyt głęboki. To w połączeniu z kapryśną pogodą teoretycznie może doprowadzić do jego zamarznięcia.
W średniowiecznych zapiskach znajdujemy informacje o wyjątkowo mroźnych zimach. Miały one być tak srogie, że cały Bałtyk podobno skuty był lodem. Suchą stopą można było poruszać się po całym Morzu Bałtyckim, więc szlaki morskie zastępowały zwykłe drogi. Kroniki wspominają, że w latach 20-stych XIV wieku po Bałtyku podróżowano saniami. Podobno lód był na tyle gruby i utrzymywał się tak długo, że na zamarzniętym Bałtyku otwierano karczmy. Jedna z nich znajdować się miała kilkadziesiąt kilometrów od Władysławowa. Co ciekawe, istnienie budowli na lodzie potwierdza Carta Marina, czyli pierwsza w miarę dokładna mapa Morza Bałtyckiego.
„Zima tysiąclecia”
Zima 1709 roku zyskała miano „zimy tysiąclecia”. Kroniki wspominają o masowym wymieraniu zwierzyny leśnej, ale ucierpieć miały także zwierzęta gospodarskie. Wszelkie żywe istoty szukały schronienia przed mrozem, co wywołało przerażające zjawisko: ptaki wybijały okna, próbowały taranować drzwi i robiły wszystko, by dostać się do środka domostw. Mniejsze zbiorniki wodne zamarzły do samego dna, co zabiło wszystkie żyjące w nich ryby. Ludzie mówili, że wystarczy godzina na dworze, by całkowicie zamarzła beczka z piwem.
Pokrywa lodowa na Bałtyku utrzymywała się wtedy niezwykle długo. Pierwszy statek mógł wpłynąć do Gdańska dopiero w połowie maja! Wraz z zimą nie zniknęły problemy miasta. Odwilż oznaczała powodzie.
Ta zima nie tylko dotknęła kraje centralnej i północnej Europy, ale i nie oszczędziła południa. Zamarzła Wenecja. We Francji wino w beczkach zamieniało się w bryły lodu. Statki na Morzu Śródziemnym zostały unieruchomione. Konsekwencją mrozów był także głód. W samej Francji z tego powodu umrzeć mogło nawet 600 000 osób. Co mogło być przyczyną tak niszczycielskiej zimy? Jest kilka teorii. Jedna mówi o tzw. zimie wulkanicznej. Tego roku miało wybuchnąć kilka wulkanów: Wezuwiusz, Santorini i Teide. W powietrze wzbiły się olbrzymie ilości popiołu i kwasu siarkowego, które miały rozpraszać promieniowanie słoneczne. Kolejna teoria wiąże niezwykłe mrozy z plamami na Słońcu. W tym czasie miano zaobserwować ich znacznie mniej. Rzadziej występowały też zorze polarne. Lata od 1645 do 1717 roku zwane są Minimum Maudera na cześć angielskiego astronoma, który zajmował się obserwacją słonecznych plam.
Mrozy paraliżują porty i kolej
Rekordowo niskie temperatury odnotowano zimą 1928/1929 roku. Temperatura osiągała 40 stopni Celsjusza poniżej zera, a gazety donosiły nawet o temperaturze minus 48 stopni Celsjusza! Pękały szyny kolejowe zatrzymując transport. A był on wtedy niezwykle potrzebny, bo pociągami dowożono węgiel. Pękały także rury, więc wiele osób odciętych zostało od bieżącej wody. Zamykano zakłady pracy i szkoły. Zamarzł port w Gdańsku, zamknięto szkoły. Ta zima była i mroźna, i śnieżna. Biały puch zaczął padać już w październiku, a pokrywa śnieżna utrzymywała się do kwietnia.
W latach 30-stych pomysłowi rybacy potrafili zimę także wykorzystać. Podczas siarczystych mrozów skracali sobie trasę z Helu do Pucka jadąc samochodami przez morze.
W 1947 roku Polska odbudowywała się po wojennej pożodze. Osłabiony kraj nie był w stanie stawić czoła zimie, która go czekała. Co ciekawe, tego roku nie odnotowano rekordowo niskich temperatur. Ważne nie było, jak wielki był mróz. Ważne było, jak długo się utrzymywał.
Wszystko zaczęło się jeszcze w grudniu poprzedniego roku. Już wtedy w Ustce i Łebie rybacy przestali łowić. W styczniu przestano wypływać w morze w Gdańsku. Dzięki holownikom, które łamały lód, udało się do portu wprowadzić statki z węglem. Najdłużej opór mrozowi stawiały porty w Helu i Władysławowie, ale i one musiały poddać się pogodzie. Dodatkowo, na skutym lodem Bałtyku szalały burze śnieżne.
Styczeń i luty nie były wyjątkowo mroźne. Kilka stopni na minusie – zazwyczaj nie więcej niż minus 10 stopni Celsjusza. Problemem był brak odwilży, która dawałaby choć jeden dzień oddechu. Dodatkowo, wiatry wiejące z północy sprowadziły w naszą część Bałtyku olbrzymie ilości kry. Dopiero w połowie marca zaczęło się ocieplać. Upragniona odwilż niosła ze sobą także wielkie niebezpieczeństwo – ruszyła kra na rzekach. Niszczycielska masa zniszczyła wiele mostów, często osłabionych przez niedawną wojnę. Część udało się uratować wysadzając zgromadzoną krę dynamitem.
Zima 1962/1963 roku również była ciężka dla Polaków. Zamykano fabryki, szkoły, a w sklepach było nawet mniej produktów niż zazwyczaj. Na wiele godzin w ciągu dnia wyłączano prąd.

„Zima stulecia”
Pod koniec grudnia 1978 roku ludzie żyli planami na sylwestrowe prywatki i bale. Niewielu spodziewało się, że biały puch zapowiada zimę stulecia, zwłaszcza, że prognoza pogody nie była alarmująca. Śnieżna pogoda początkowo tworzyła wyjątkowo piękny krajobraz. Większość zabaw się odbyła – jedynie panie miały trochę bardziej potargane przez wiatr fryzury, albo w suknie musiały przebrać się dopiero w lokalu, gdzie odbywała się zabawa. Z czasem zaczęło się jednak robić niebezpiecznie. Śnieg padał i padał. Mróz wkroczył do Polski od strony Pomorza i zaczął przesuwać się w głąb kraju.
Noworoczny poranek okazał się niezwykle trudny. Część osób miało wielki problem, by wrócić z sylwestrowej zabawy do domu. W ówczesnym województwie gdańskim wprowadzono stan klęski żywiołowej. Pękały tory. Pociągi z węglem nie mogły dojechać do elektrociepłowni, a jak już dojechały na miejsce, to trudno było zdjąć z nich ładunek. Wszystko zamarzało w jedną wielką lodową bryłę. Śniegu było tak dużo, że do jego usuwania zaangażowano wojsko, a autobusy jeździły w śnieżnych tunelach. Pokrywa śnieżna sięgała nawet 3 metrów!
Zalecano, by nie wychodzić z domów, jednak część osób musiała jednak się przemieszczać. Tej zimy wyjście na zewnątrz było niebezpieczne i skończyć się mogło nawet śmiercią. Właściciele prywatnych samochodów zabierali z przystanków pasażerów, by ci nie zamarzli. Część aut musiała być cały czas „na chodzie”, tak jak kultowe autobusy „ogórki”. Siarczyste mrozy sprawiały, że jeżeli wyłączyło się samochód istniała spora szansa, że znów odpali dopiero na wiosnę. Problemy były też na morzu – do falochronu w Gdyni przymarzł statek.
Sąsiedzi starali się odwiedzać sąsiadów. W działaniach pomagało wojsko, ale i tak wiele miejscowości zostało odciętych od świata nawet na kilkanaście dni. Dostarczanie żywności do sklepów zaczynało być coraz trudniejsze. Do Władysławowa, Wejherowa i Pucka dostarczana ona była… helikopterami, bo te miejscowości odcięte były od świata. Do mniejszych miast i wsi jedzenie dowożono saniami.
W pewnym momencie pługi śnieżne przestały jeździć, bo zamarzł w nich olej. Z resztą, odśnieżanie dróg to była syzyfowa praca. Wiatr w kilka chwil znów nawiewał śnieg. Do tego, właściciele samochodów, które utknęły w zaspach, często po prostu je porzucali, więc służby odśnieżające drogi musiały zmierzyć się nie tylko z białym puchem, ale i pozostawionymi autami. W Gdańsku nie jeździły tramwaje, a autobusy poruszały się tylko po kilku trasach. PKS dojeżdżał tylko do niektórych miejscowości, a i to z olbrzymimi opóźnieniami.
Ludzie starali się ogrzać, bo temperatura w mieszkaniach też zaczęła spadać. Centralne ogrzewanie nie działało. Pękały kaloryfery na korytarzach i w tych mieszkaniach, w których właściciele lekkomyślnie pozostawili otwarte okna. Podobno w środku niektórych bloków temperatura wynosiła nawet minus 7 stopni Celsjusza. Dogrzewanie się piecykami elektrycznymi też nie zawsze spełniało swoją rolę – sieć była przeciążona i następowały częste przerwy w dostawach prądu. Początkowo do ogrzewania używano kuchenek gazowych. Niestety, gaz w rurach szybko też przestał płynąć. W ruch poszły więc kozy. Palono tym, co posiadano pod ręką – nawet parkietem. Ta zima miała być tak dotkliwa, że w blokach z wielkiej płyty w mieszkaniach odpadał tynk.
„Zima stulecia” odbiła się na całej gospodarce. Przykładem może tutaj być branża mleczarska. W roku 1979 krowy dawały bardzo mało mleka i do dzisiejszego dnia wielu wspomina wyjątkowo podłą jakość masła z tamtych czasów (tłuszcz zwierzęcy zastępowano wodą). Do dzisiaj nie wiadomo, ile osób zamarzło lub cierpiało z powodu chorób spowodowanych mrozem.
Tej zimy ludzie rozczarowani byli nie tylko pogodą, ale i władzą. To właśnie wtedy powstała znana rymowanka – „Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery”, która nawiązywała do niewydolności państwa. W marcu mróz zaczął odpuszczać, a życie powróciło do normy. Co ciekawe, zima stulecia, kiedy ludzie musieli być bliżej siebie, zaowocowała bardzo ciekawym zjawiskiem: jesienią 1979 roku zanotowano znaczący wzrost urodzeń.
opracowała: Iwona Nody

